Gorzka rocznica

W XX wieku Amerykanie dwukrotnie udzielali Europie pomocy. Pierwszy raz w czasie wersalskiej konferencji pokojowej w 1919 r.  – pamiętnej dla Polski – starali się zbudować zręby systemu zbiorowego bezpieczeństwa proponując powołanie do życia Ligi Narodów. Eksperyment ten nie przyniósł powodzenia. Drugi raz – po 1945 r. – Stany Zjednoczone rozpięły nad Europa podwójny parasol: Plan Marshalla umożliwiał ekonomiczną odbudowę, a obecność militarna zapewniła ochronę przed sowiecka dominacją. Pozwoliło to na zainicjowanie  powolnego procesu europejskiej integracji, który przyjął postać Unii Europejskiej. Wszystko to jest dobrze znane. Kolejne amerykańskie administracje uznawały fundament transatlantyckiej współpracy za niezbywalny element własnego bezpieczeństwa, tym bardziej, że po 1989 r. rozpadła się strefa sowieckiej dominacji nad Europą Wschodnią i Południową. Przez lata przeważało przekonanie, że zbudowana wokół Unii i NATO wspólnota interesów ma charakter trwały. 20 lat temu w czasie uroczystości wstąpienia Polski do NATO, Jej przedstawiciel – minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek – precyzyjnie określił ten wzajemny związek, dodając, iż w obu obszarach – transatlantyckim i europejskim – Polska znalazła swoje historyczne i naturalne miejsce. Droga ta zajęła 80 lat i wydawało się, że jeden z wielkich celów narodowych został na trwałe zagwarantowany.

Po 20 latach od akcesji do Sojuszu znajdujemy się w skrajnie odmiennej sytuacji, która znamionuje, że bezpieczeństwo środowiska międzynarodowego uległo gwałtownej degradacji. Po raz pierwszy od stu lat Stany Zjednoczone – administracja prezydenta Trumpa – porzuciły myśl o współpracy z Europą na rzecz wytykania jej niedostatecznego wkładu w finansowanie obronności. Nie jest już niedorzecznością rozważanie czy Stany Zjednoczone – gwarant Traktatu Waszyngtońskiego  – nie zechcą ograniczyć swojej obecności wojskowej w Europie, a może nawet wycofają się z niej zrywając dawne więzi transatlantyckie. Krytyka uprawiana przez „ludzi Trumpa” sięga głębiej: Ameryka zakwestionowała pozycję i dorobek Unii Europejskiej (której prawnej tożsamości nie chce uznać) i zaangażowała się w jej demontaż, wspierając Brexit, czyli dekompozycje Europy. Jest to sytuacja wyjątkowa i dotąd nieznana. Trump ma na tym polu mocnych sojuszników: Putinowska Rosja od dawna stara się „wyjmować” z Unii poszczególne państwa i odnosi na tym polu sukcesy, a tendencje dezintegracyjne – wyrażane przez populistyczne partie i ruchy – przyczyniają się do osłabienia  Europy i do społecznej dezorientacji. A zatem – quo vadis, a raczej jak to przetrwać? Po pierwsze nadal nie wiadomo czy Trump jest przypadkiem, czy nową regułą amerykańskiej racji stanu. Przyjmując jednak, że w XXI wieku trumpizm – skrajnie pojmowany unilateralizm, szukanie wroga oraz skłonność do agresji (na razie słownej) – będzie twarzą Ameryki trzeba się przygotować na co najmniej „półwiecze samotności” i tym bardziej zadbać o militarne i ekonomiczne bezpieczeństwo Europy nie cofając się przed trudnymi wyborami politycznymi.

Warto wymienić elementy takiej skrajnej reorientacji, choć należą one jeszcze do arsenału wirtualnych terapii szokowych. Należałyby do niej  np. uznanie „Europy wielu prędkości” za obiektywny fakt i ekonomiczną konieczność. Oznaczałoby wybudzenie się ze snu o pełnej politycznej i gospodarczej integracji, znaczne zwiększenie własnych europejskich możliwości militarnych, rezygnacje z dalszych rozszerzeń Unii, położenie nacisku na zwartość strefy euro i przyznanie, że unijny eksperyment wymaga weryfikacji w obliczu dwóch przeciwników (o Chinach nie wspominamy).

Taki scenariusz – nadal na szczęście wyimaginowany – oznacza w przypadku (obecnej) Polski całkowitą marginalizację. Łamanie standardów prawa i ostentacyjne kontestowanie unijnej polityki  już doprowadziło do utraty zarówno pozycji, jak i – niebawem – niezbędnych dla Polski funduszów. Marzenia PiS-u o Fort Trump, podobnie jak mrzonki o Trójmorzu nie mieszczą się w żadnym modelu bezpieczeństwa: taka Polska pozostanie „poza Europą”, natomiast dla Stanów Zjednoczonych będzie zbyt geopolitycznie bezbronna i zbyt odległa, aby inwestować w nią obecność własnych sił zbrojnych. Polskie raison d’etat powinno lokować nas w Europie państw praworządnych, szukających konstruktywnej współpracy i budujących równowagę między Stanami Zjednoczonymi, a Unią Europejską.  Wszelkie próby awanturniczego i nieodpowiedzialnego funkcjonowania na transatlantyckiej mapie politycznej są dla Polski zagrożeniem i skazują Ją na taką samą pozycję, jak w latach trzydziestych XX w. Powtórki z historii nie leżą w naszym interesie.

Paweł Dobrowolski

b. ambasador 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s